Na łamach GEODETY kilkakrotnie opisywaliśmy już projekty polegające na mobilnym skanowaniu torów. W 2010 roku wspomnieliśmy o pomiarach warszawskiej linii średnicowej przeprowadzonych przez szczecińską spółkę Gispro (4/2010). Pięć lat później pisaliśmy o systemie kodyfikacji linii kolejowych wdrożonym na zlecenie PKP PLK (8, 9 i 10/2015). W tym samym roku specjaliści z poznańskiej firmy Kadex opowiadali o pomiarach 20-kilometrowego fragmentu trasy Kraków – Katowice (3/2015). Z kolei rok później (8/2016) Tomasz Rylski z firmy Skanska chwalił się skaningiem torów w okolicach krakowskiego Dworca Głównego. W każdym z tych przypadków technologia mobilnego skanowania przedstawiana była jako szybkie źródło dokładnych i bardzo szczegółowych danych o linii kolejowej oraz jej otoczeniu. Dlaczego mimo tych zalet wciąż pozostaje ona u nas niszowa, a jej użycie ogranicza się niemal wyłącznie do eksperymentów?
Przyczyny są przynajmniej dwie – koszty i biurokracja. Niski poziom cen usług geodezyjnych i nadmiar geodetów sprawiają, że – inaczej niż na Zachodzie – w Polsce taniej jest wysłać w teren kilka ekip pomiarowych wyposażonych w tachimetry niż jeden mobilny system skanowania (MLS). Ale nawet jeśli taki pomiar by się opłacał, to zapewne nie przeszedłby sita weryfikacji w ośrodkach dokumentacji – czy to kolejowych, czy powiatowych. Z tego punktu widzenia projekt firmy Podlaski Serwis Geodezyjny (PSGeo) zasługuje na szczególną uwagę, bo nie dość, że skanowanie objęło rozległy obszar, to jego wyniki wykorzystano przy sporządzaniu komercyjnego opracowania geodezyjnego, a konkretnie do przetworzenia mapy do celów projektowych do postaci 3D. Jak tej białostockiej spółce udało się przeskoczyć wspomniane bariery?
• By nie wracać w terenW rozmowie z GEODETĄ Łukasz Szeluga z PSGeo podkreśla, że sięgnięcie po MLS było własną inicjatywą firmy. – Ciągle się rozwijamy, dlatego wdrażamy nowe technologie, by oferować coraz wyższą jakość usług. Poza tym dostrzegamy, że na polskim rynku coraz większe znaczenie ma terminowość realizacji prac, a mobilny skaning pozwala tym wymaganiom skutecznie sprostać. Rozumiemy, że nowe technologie mogą budzić obawy organów weryfikujących, ale nie może to hamować naszego rozwoju – mówi.
Tylko jak do tych oczywistości przekonać ODGiK? – Przede wszystkim należy podkreślić, że dane z mobilnego skanowania nie były podstawą do sporządzenia mapy do celów projektowych, ale jedynie materiałem pomocniczym – zaznacza Łukasz Szeluga. – Około 90% danych źródłowych do tego opracowania zebraliśmy za pomocą tachimetrów, a 10% przy użyciu geodezyjnych odbiorników satelitarnych. Kluczową zaletą chmury punktów z mobilnego skaningu było natomiast to, że nie musieliśmy wracać w teren, by coś domierzyć. A bez MLS z pewnością by nas to czekało, bo obszar prac był bardzo problematyczny...
Pełna treść artykułu w czerwcowym wydaniu miesięcznika GEODETA