Urząd dla obywatela Wymieniałam niedawno prawo jazdy na warszawskim Ursynowie. Pierwsze próby zakończyły się fiaskiem ze względu na gigantyczne kolejki. Kiedy stało się jasne, że w ustawowym terminie nie da się dla wszystkich kierowców przeprowadzić operacji wymiany, przesunięto jej zakończenie, godziny pracy urzędu wydłużono do 20.00 i wprowadzono numerki. Zadowolona z takiego posunięcia władzy, wkroczyłam do mojego urzędu o godz. 18.30. Na korytarzach żywego ducha, w okienkach zadowolone urzędniczki. No, myślę sobie, dożyłam czasów, kiedy urząd jest dla obywatela. Niestety, radość była krótka, bo zdążyłam tylko powiedzieć dzień dobry, kiedy padło pytanie: A numerek? I tu był właśnie hak. Bo ja numerka nie miałam i półtorej godziny przed zamknięciem urzędu nie mogłam go już dostać. Uzyskałam tylko informację, że urzędniczki w okienkach nie mogą mnie obsłużyć, ponieważ właśnie wprowadzają do komputerów dane otrzymane pocztą. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego nie mógł się tym zajmować personel na zapleczu.
Dlaczego o tym piszę? Otóż sytuacja ta przypomina "martwe" dni i godziny w ODGiK-ach, kiedy nie przyjmuje się interesantów, by, rzekomo, pracować nad dostarczoną przez nich dokumentacją. Czas już chyba zadać pytanie: czy nie można tego drugiego zadania wykonywać w chwilach, kiedy nie ma interesantów? Przecież pracy nie ubywa z tego powodu, że drzwi urzędu są zamknięte. Przy otwartych drzwiach jedynie trudniej ją zorganizować. Okazuje się jednak, że nawet premier nie ma takiej władzy, by coś w tej sprawie zmienić (polecam list Czytelnika na s. 74). Przy okazji zachęcam do pisania do GEODETY o ODGiK-ach: nie tylko o tych złych, ale przede wszystkim o tych dobrych. Skoro od lat zawodzi metoda kija, to może zadziała marchewka?
|